***LETNIE POWTÓRKI…bo warto pamiętać ! (cz.I) ***

Romekniebieski

 

                          Nie mam specjalnego celu w przypominaniu artykułów , które już wielu z Was przeczytało , ale gdyby choć jednemu z czytelników w czymś mogły one pomóc ?..TO WARTO było je powtórzyć !..Zrobię to w trzech blokach – po 5 art.ZAPRASZAM ..

 

*** JEST WTEDY BARDZO CICHO ***

 

Nawet  z drzew, które pozbywają się  liści,  usłyszeć można  ,  jakby  właśnie te  pozostałe   ocierając się o siebie, tworzyły dźwięki, które tą ostatnią melodią chciały odprowadzić w  pożegnalny  spacer przerażoną ofiarę.

Jest wtedy bardzo cicho. Melodię liści słyszy tylko ten, który stanął na stołeczku zakładając  na szyję pętlę ze sznura walającego się dotychczas po spiżarni. Boże co ja robię ? Tak nie wolno. Oni będą tacy smutni, a Joasia za dwa miesiące ma termin porodu. Czy USG prawidłowo pokazało chłopca ? I co z tego oni jutro, pojutrze sie dowiedzą, ile razy uda mi się odebrać telefon z bankowej windykacji, by oni się nie dowiedzieli. Żaden bank już nie chce ze mną rozmawiać. Mają podgląd w BIK i widzą, że mam już 20  kredytów. Będą straszyć, krzyczeć, ubliżać. Ostatni telefon tej wściekłej kobiety, która nie mówiła tylko pastwiła się dobierając słowa, które tak bardzo bolały. Czy ja jestem głupią ku…, złodziejską dziwką, która najpierw pożycza, a później nie oddaje w terminie. Czemu ona nazywa moją córkę słabą tirówką nieumiejącą zarobić na ratę kredytową. Mój mąż nie jest menelem przepijającym bankowe pieniądze. On NIC nie wie ! Nie wie o moich kredytach. On naprawdę nic nie wie. Boże, co on sobie pomyśli ? On całe nasze życie mi ufał. Jak widział, że sie martwię brakiem pieniędzy do pierwszego zawsze wynalazł jakiś zaskurniak i rano wkładał mi do kieszeni. Nigdy nie mówił mi tego. Nie chwalił się. Widząc jak się cieszę z odnalezionego 50-złotowego banknotu robił taką słodką sznupkę, jego wzrok wtedy był taki jak mojej ukochanej babci gdy podkładała mi batona do tornistra. Boże jak ja się boję. Jest mi zimno w stopy. Czy tam jest ciepło ? A jak telefon odbierze Joasia i ją tak zbluzgają to jak ona to przeżyje ? Ona jest w ciąży, której ci z windykacji nie widzą przez telefon. Co ja mam jej powiedzieć ? Te kredyty brałam by spłacać raty tych poprzednich. Nic sobie nie kupowałam. Moja emerytura 800-złotowa plus męża pensyjka jakoś nam straczała. Po co ja dałam się namówić tej Dorocie? Ona tak zapewniała, że tak wszyscy robią. Ona już 9 lat jest pośrednikiem bankowym. To miało być takie proste, takie łatwe i normalne. A dzisiaj 20 kredytów. 150 tys. zł. Jak to oddać ? Jak mnie nie będzie to chyba od nich nie będą żądać spłaty ? No nie, oni nic nie wiedzieli. Muszą im uwierzyć. Przecież oni nic nie wiedzieli. Ten sznur gryzie mnie w szyję, jeszcze trochę, jeszcze chwilę tak sobie postoję, usta mi tak drętwieją, ale co tam, jak myślę  to nie muszę mówić. Tak mi ich szkoda. Oni byli tacy zawsze dla mnie dobrzy. A na święta to uskładali prawie dwieście złotych i kupili mi ten wymarzony bordowy sweter. Taki modny i ciepły. Szkoda, że go nie ubrałam. Nie ! -  dobrze, że go nie ubrałam, bo może nikt nie będzie go chciał. A tak to może Joasia go założy. Tylko ja mu nic nie kupiłam na prezent. Obiecałam, że w przyszłym roku to mu kupię takie ciepłe rękawiczki, z barankiem i ze skóry. On tak lubi brązowy kolor. Czy powinnam się pomodlić ?  Tylko co tu Chrystusikowi powiedzieć ?  On przecież wie. Ja tak bardzo się boję. To tylko moment. Taki krótki moment. Mężusiu najdroższy, Joasiu, ja tak bardzo was kocham. Tak bardzo. Nie gniewajcie się. Tak mocno chciałabym się do was teraz przytulić. Tak poczuć wasze dotknięcie. Poczuć wasze dłonie, przytulić się mężulku do twojej ukochanej twarzyczki takiej nawet nie ogolonej. Joasiu twój brzuszek to już on, malutki syneczek, a ten pajacyk co mu kupiłaś jest taki słodki. Zaczynają drżeć  mi nogi. Zawsze miałam je słabe. Jeszcze trochę, jeszcze chwilę wytrzymajcie,  ja jeszcze chcę  sobie postać i tak sobie pobyć. Nikt na mnie nie krzyczy. Jest tak bardzo cicho. Nie nie ustoję tak dłużej. MOŻE  Z………………………………………………………………………..

Wpis ten z modlitwą, wnoszę w majestat śmierci Pani Krystyny z Wrocławia, która po zaciągnięciu – poprzez pośrednika kredytowego - panią Dorotę - 20 kredytów, odebrała sobie życie nie widząc możliwości spłacenia długu  do banków.

 

*** MIASTO SAMOBÓJCÓW ***

 

” NATURALNY SPOSÓB KOCHANIA INNYCH POLEGA NA ODDANIU SIĘ IM NA SŁUŻBĘ, WYKAZANIU GOTOWOŚCI BYCIA PRZY NICH; POLEGA NA PRAGNIENIU ICH SZCZĘŚCIA I ICH ZBAWIENIA. PRZECIWNOŚCIĄ TEGO  JEST  MYŚLENIE – INNI SĄ MI POTRZEBNI, DBAJĄ O MOJE DOBRE SAMOPOCZUCIE I MÓJ SPOKÓJ – ALBO PRAGNIENIE SPRAWOWANIA NAD NIMI WŁADZY.  CHRYSTUS  NAUCZYŁ NAS, ŻE KAŻDA WŁADZA MUSI POZOSTAWAĆ NA SŁUŻBIE MIŁOŚCI I POKAZAŁ, JAK KOCHAĆ: PRZYJĄĆ NA SIEBIE POTRZEBY BRACI, OBARCZYĆ SIĘ ICH BIEDAMI, ZATRIUMFOWAĆ SŁODYCZĄ NAD ZŁOŚLIWOŚCIĄ, DOBROCIĄ NAD DOKUCZLIWOŚCIĄ, KOCHAĆ BEZ PODEJRZEŃ, BEZ ŻALU, GORYCZY,  KOCHAĆ AŻ DO ODDANIA WŁASNEGO ŻYCIA”.

Czy potrzebuję tego wstępu ?  Czy ten wpis powinienem od niego  zacząć ?  Czy tylko ja powinienem o tym OPOWIEDZIEĆ ?

Ustawa o Samorządzie Terytorialnym przewiduje, że miasta powyżej 100 tys. mieszkańców wybierają Prezydenta Miasta.

Grażyna z Wielunia wychowała się w domu dziecka. Nie znała swoich rodziców. Dom dziecka był jej domem, a wychowawcy taką namiastką rodziców. Ukończyła technikum ekonomiczne, szkolna  przyjaźń  z Rafałem ustrojona słowami miłości, otulona stułą kapłańską poczęła parkę  – Asię i Karolka. Rafał syn tzw. prywatnej inicjatywy, tradycyjnie na rękach wniósł ją do ich  trzypokojowego gniazdka. Szybko wyposażone przez teściów mieszkanko jawiło się taką małą oazą jej drobnego triumfu nad smutnym początkiem jej młodego życia.

Teraz będę miała swoją szczęśliwą rodzinę i będzie już tylko dobrze i dobrze – wymadlała co niedzielę Grażyna w pobliskim kościele. Asia z Karolkiem już całkiem ładnie mówili, gdy tata zaczął nie wracać na noc do domu. Z początku na jedną noc, ale w krótkim czasie na wiele nocy.

Poranny dzwonek  do drzwi - to tylko listonosz – przekazał Grażynie za pokwitowaniem dwa ”polecone”. Jeden  to pozew o rozwód, a drugi to wypowiedzenie przez bank umowy kredytowej na mieszkanie.  Serce  Grażyny nie było na nic podobnego przygotowane. Nakaz eksmisji, wniosek o pozbawienia praw rodzicielskich, wizyta kuratora, nakaz sądowy oddający pod opiekę Asię i Karolka ojcu, rozprawa sądowa, na której “dowiedziała się”, że jest wyrodną matką i prostytutką,  świat wokól niej, który kąśliwie mruczał  – nie jesteś nam potrzebna ty …..taka.

A oczęta Asi i Karolka, ich rozradowane pysie, wieczorne przytulanki, Karolek tak lubił ją głaskać po włosach, a gdy zasypiał to robił taką fajną sznupkę i kurczowo trzymał jej rękę do momentu gdy na dobre nie zasnął. Asia nawet przez sen podnosiła główkę by mamunia choć tak na króciutko dała jej buźki. Wizyta Komornika w asyście policjantów i firmy przeprowadzkowej, zdążyła do torby zabrać kilka drobiazgów, przeniosła ją do pokoiku w suterynie na skraju miasta. Obskurny, brudny, wilgotny 9- metrowy pusty grobowiec.

Matczyna myśl o walce, o dobijaniu się sprawiedliwości, o znalezieniu TEGO KOGOŚ, KTO jej pomoże z każdą nocą spędzoną na podłodze w przykryciu jesiennym płaszczem słabła i słabła. Nie miała wójka, cioci, brata ani kogokolwiek do kogo mogłaby zaskowytać o jej serduszka, o jej wszystko co miała na świecie. Leżąc na podłodze całowała na dobranoc swoje kawałek siebie, czuła ich zapach, te maciupkie paluszki przytulała do swojej twarzy. Do kogo jeszcze pójść ?

Stojąc na parapecie, przywiązała sznurek do rury gazowej  będącej pod sufitem jej grobowca. Jadący po ulicy traktor swym gdakaniem zrównywał się z tętnem jej bijącego serca. Nie myślała o swojej młodości w domu dziecka. Na Boże Narodzenie przychodził dziadek mróz. Było fajnie. Szkoda, że przez 20 lat nie można było się przytulić do mamy – tylko nocą – chlipiąc bezwiednie mówiła  mamuniu. Tylko teraz – jak to ?  Jej skarbeńki bez niej. One też będą chlipać i wołać mamuniu. Za co to ? Czym zasłużyłam sobie na taki los. Czemu nikogo nie obchodziłam i nie obchodzę ? Nie mam już do kogo  zaskamleć o pomoc ! Boże jak bym chciała tak na momencik przytulić się do skarbeńków !

Historię Grażynki opisała mi jej siąsiadka z suteryny, była nauczycielka – alkoholiczka, jak pisze o sobie – z prośbą bym chociaż jednym słowem napisał o jej przegranym życiu i jej wielkiej miłości do Asi i Karolka. Grażynka nie ma nawet grobu, a ona każdej nocy słyszy jak Grażynka w pokoju obok śpiewa piosenki na dobranoc swoim ukochanym ponad życie maluszkom.

Czynię to niniejszym, w codziennej  modlitwie prosząc Pana o przytulenie jej i jej cierpienia do miłosiernego serca.

Waldek i Martyna byli zgranym i kochającym się małżeństwem. Trójka dzieci wypełniała ich dom, ich życie,  była ich radosną codziennością i celem wspólnych wysiłków dnia codziennego. Waldek miał pracę w redakcji czołowego polskiego tygodnika – projektował  komputerowo okładki i reklamy – dobrze zarabiał. Martyna pracowała na Targach jako tłumacz języka włoskiego. Mieli ok. 10 tys. zł przychodów miesięcznie. Kredyt na mieszkanie i samochód obsługiwali regularnie, a i tak z pozostałej części dochodów mogli spokojnie planować urlopy tak latem jak i zimą. Dzieciaki miały wszystko co im było potrzebne, a może i trochę więcej.

Feralnej niedzieli Waldek pojechał tramwajem do będącej dwa przystanki dalej cukierni, by kupić trochę słodkiego na deser. Wracając,  gdy tramwaj otworzył drzwi tak nieszczęśliwie wyszedł, że upadł i ….. lekarz stwierdził, że oba nadgarstki są po wielokroć złamane i gips zdjęty będzie nie wcześniej jak po 12 – tygodniach. Potem czeka Waldka 3-miesięczna rehabilitacja.

W redakcji, po szoku związanym z utratą  sprawnego i dobrego projektanta zawrzało. Trzeba natychmiast znaleźć następce. Jakby normalne. Wynagrodzenie Waldka z etatu było minimalne. Projekty przyjęte do druku opłacane były ekstra. Waldek z oszczędności regulował zobowiązania kredytowe. Przez dwa miesiące. Martyna rozpaczliwie zaczęła szukać jakiś dodatkowych zleceń. Wtedy gdy były nie chciała. Teraz gdy ich tak bardzo potrzebowała – nie mogła żadnego znaleźć. Po dwóch niezapłaconych ratach “poleconym” do domu przyszły wypowiedzenia kredytów. Komornik zajął część uposażenia Waldka i połowę wynagrodzenia Martyny. Strach i bieda zagościła w ich domu. Szef Martyny – choleryk – jak rozjuszony buchaj wydarł się na nią – co sobie ona wyobraża, że do tak poważnej firmy śle pisma o zajęciu poborów Komornik. My sobie na taki skandal pozwolić nie możemy !  Ostatniego dnia miesiąca kadrowa wręczyła Martynie wypowiedzenie z pracy.

Bała się powiedzieć tego mężowi. Rano jak zwykle wychodziła z domu i wałęsała się po mieście do 16-tej, by wrócić do domu o zwykłej powrotu porze. Waldek coraz częściej twierdził, że już jadł i niech sama z dziećmi zje posiłek. Topniał w oczach. Telefony od znajomych zamilkły. A tak często do tej pory dzwoniły.

W środę – dzwonek do drzwi – postawny mężczyzna pokazał legitymację Komornika Sądowego. Przystępujemy do opisu i oszacowania mieszkania i licytacji. Na nic były błagania i prośby. Ja przecież będę niedługo zdrowy, podejmę pracę, zacznę znowu regularnie płacić !

Na licytację do sądu nie poszli. Dwa dni po niej do domu przyszła kuratorka sądowa. Wiedziała już o eksmisji. Co  państwo zamierzają zrobić z dziećmi ? Mam decyzję o oddaniu ich do rodzin zastępczych. Proszę nie robić scen, bo przyjdę z policją – mówiła, wręcz krzyczała tak głośno, że dzieci wyczuły zbliżające się nieszczęście. Na kanapę,  gdzie siedzieli rodzice cała trójka wcisnęła się w Waldka  i  Martynę  jakby czując, że objęcia ich mogą być ich ostatnimi w ich życiu.

Mamuniu, Tatuniu my nie chcemy tej pani. Niech ona sobie pójdzie. Ich szloch nie obniżył tembru głosu pani kurator. Czuła się obrażona, że “nastawione” dzieci nie pokochały jej –  zbawczyni – od pierwszego wejrzenia. Proszę wytłumaczyć gówniarzom, że to co robię to dla ich dobra ! Niech tak nie ryczą ! I gdy tak się  “rozkręcała” Waldek wstał i stanowczym podniesionym głosem krzyknął - niech się pani wynosi, proszę  natychmiast wyjść ! Niższa o głowę kuratorka na moment straciła swój emocjonalny rozpęd. Poprawiła płaszcz, i siląc się na stanowczość warknęła - jutro będę tu z policją !

Po jej wyjściu w mieszkaniu zapanowała cisza. Dzieci trwały w uścisku ramion Martyny, każde jakby chciało zatopić się w ramionach matki upatrując w sile objęcia jakiegoś dodatkowego bezpieczeństwa. Waldek milczał, z oczu powoli sączyły się łzy. Nigdy tak mocno nie całował dzieci i Martyny. Całą piątką weszli na balkon. Z dziewiątego piętra rozpościerał się widok na park miejski. To prawie nie możliwe by cała piątka, będąc nawzajem we wspólnym uścisku siadła na balkonową poręcz. Tak było cicho – tak było cicho.

Z tłumu gapiów, jakiś młody człowiek podszedł do zwłok całej piątki i położył na Waldku pąsową różę. To kwiat miłości i związania ludzi na zawsze.

Od 1990 roku w Polsce odebrało sobie życie ponad   STO TYSIĘCY OSÓB  !   (tylko w roku 2009 – ponad 4500 ).

Żaden z rządzących ani słowem nie zająknął się o jakiejś żałobie narodowej (choćby na pół godziny), żaden z urzędasów nie pomyślał o tym czy dla tych w beznadziejnych sytuacjach nie stworzyć jakiejś szczególnej  procedury, jakiejś braterskiej duszy, która mogłaby ocalić ich życie.  Jakiś pomnik albo tabliczka upamiętniająca i przypominająca 100 tysiącom ”katów”, że tacy nasi bracia i siostry w ogóle byli z nami. O tym, że ludzie aparatu Państwa winni działać PRZEDE WSZYSTKIM  w interesie obywatela mówi się TYLKO  w kampaniach wyborczych  i  o czym pamięta się do ogłoszenia wyników wyborów.   LUDZI NIE MOŻNA KOCHAĆ ZA COŚ ,A TYLKO MIMO WSZYSTKO !

Ci którzy tak po cichu i nagle odeszli mają prawo zgodnie z Ustawą o Samorządzie Terytorialnym wybrać swojego prezydenta. Przekonany jestem, że do tego wyboru nie będzie trzeba ich namawiać. Pójdą zagłosować.

W   S    Z    Y    S     C     Y  !

 

*** TRZY KROMKI CHLEBA ***

 

Tak mokro i nieprzyjemnie było tego wieczora.  Mgła deszczu przeplecionego wiatrem zacinała w twarz wywołując u mnie pragnienie dostania się na jakikolwiek przystanek, z którego można by odjechać gdziekolwiek. Nie chciało mi się tu być ani minuty dłużej. Uciec stąd, oddalić się, to takie smutne i złe  miejsce.

Do Zawiercia zaprosił mnie dyrektor szkoły podstawowej. Był nim już 36 lat. Znał dzieci, ich rodziców, a i ich wielu  dziadków też sobie przypomina. Dzwoniąc z zaproszeniem wręcz nakazał mi przyjechać.

Pan musi tego wysłuchać. Ja muszę to panu opowiedzieć… To będzie opowieść o kimś innym jak napisali w gazetach. Niech pan mnie posłucha. Ja to wiem !

Czy pan wie jak górnik – Ślązak – kocha swoją kobitę ? Sie mówi okrutnie, mocno jak mocarny  jest węgiel, który ponoć karmi całą Polskę.  Albert poznał Reginę u mnie w szkole i choć byli małolatami to wszyscy od początku wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. To było widać. Ich w małżeńskie objęcia naznaczył los albo Bóg, ślub to była konsekwencja nikogo nie dziwująca.

Albert miał dwóch braci o kilka lat starszych i ojca -  górnika  - matka zmarła  –  ”oficjalna wersja ”, a nieoficjalna wyjechała za gachem do Wrocławia. Ojciec jak mógł najlepiej wychowywał synów na dobrych i przyzwoitych górników. Naśladował  w tym swego “fatra”, który twardą ręką po katolicku wpajał im zasady bycia dobrym Polakiem, wiernym Ślązakiem, obowiązkowym ojcem.

Po śmierci ojca bracia  wyjechali do Niemiec i tam założyli rodziny pracując – jak na górników przystało – w kopalniach.  Po ślubie z Reginą wzięli kredyt i kupili sobie  60 metrowe własnościowe mieszkanko. Na parapetówkę przyjechali bracia z rodzinami  (wtedy też dowiedzieli się, że matka zmarła  we wrocławskim przytułku). Albert  na kopalni  zarabiał  całkiem nieźle, stać ich było na urządzenie mieszkania, wycieczki zakładowym autobusem do teatru czy opery, a geburstag obojga  obchodzony był hucznie przy zaproszonych kilkunastu zaprzyjaźnionych rodzinach. Po 3 latach Regina dała mu   “prezent” rodząc mu  dwóch  wspaniałych Karlików. To najwspanialsze uczucie być ojcem twierdził przepysznie Albert radośnie wznosząc toasty na chrzcinach swoich chłopaków. Pokój malców cały wytapetowany był  historiami opowieści o muminkach.

Panie Romanie – niech pan słucha – to mógłby być i koniec mojej opowieści. To takie typowe, normalne - i żyli długo i szczęśliwie. Ja jestem pedagogiem blisko 42 lata, ludzie szybko zapominają, a ja chcę żeby pamięć i prawda o nich i ich miłości nie była oparta o kilkanaście kłamliwych zdań naszej lokalnej gazetki. Niech pan słucha.

Albert na szychtę szedł na popołudnie. Melodyjka domofonu nie przerwała jego  porannej krzątaniny. Tylko listonosz z poleconym. Dość gruba była ta  koperta. Regina  wyjęła  z niej plik dokumentów, prawie na każdym z nich widniała duża czerwona pieczątka. Próbowała wczytać się w poszczególne kartki, ale nie rozumiała co i po co Sąd i Komornik Sądowy je przysłali do nich. Jakieś nakazy zapłaty od kilkunastu banków, postanowienie o nabyciu spadku, zawiadomienie o wszczęciu egzekucji. O co tu chodzi - zastanawiali się. My mamy tylko jeden kredyt mieszkaniowy, którego ratę bank sam pobiera z  konta. Albert poukładał na logikę poszczególne kartki i po kolei zaczął śledzić ich znaczenie. Acha – to chodzi o jego nieżyjącą matkę - co ? razem ponad 800.000 złotych. Kto jej to dał ? Co ja mam do tych kredytów ? Ja nawet nie pamiętam jak ona wyglądała. Nawet alimentów na nas nie płaciła. Nie, to musi być jakieś nieporozumienie. Muszę to pokazać naszemu zakładowemu radcy prawnemu.

Wracając z kopalni zauważył światło w oknie ich kuchni. Reginka widać nie śpi. Martwi się bidulka. Fajnie, że kupiłem cztery pączki, może trochę poprawię jej humor. Zastał ją siedzącą przy kuchennym stole. Cała zapłakana, roztrzęsiona nigdy nie widział jej w takim rozdygotanym stanie. Urywanymi zdaniami z trudnością, przełykając łzy próbowała mu opowiedzieć o wieczornej wizycie dwóch windykatorów bankowych. Krzyczeli, ubliżali, nazywali złodziejką, kazali pilnować chłopa, który na kurwy potracił tysiace złotych, a na koniec kazali sobie za wizytę zapłacić 200 zł. Obiecali, że jak nie wpłaci paruset złotych do banku to ich wizyty dopiero się zaczną – o każdej porze dnia i nocy.

Albert bez wahania sięgnął po telefon – jaki ma numer policja ? – nigdy nie potrzebował numeru do nich. przypomniał sobie 112. Dyżurny komendy, słucham. Chciałem zgłosić, opowiedzieć o najściu mojego domu  przez  bankowych windykatorów, którzy naubliżali Reginie, znaczy się żonie, straszyli ją, zabrali 200 zł  i obiecali, że tu jeszcze będą wracać ! Przyślecie patrol czy coś ?

Panie Albercie – trzeba spłacać długi to windykatorzy nie będą przychodzić do domu. Pożycza się cudze, a oddaje własne. Dobry zwyczaj nie pożyczaj, a jak się pożyczyło to trzeba oddawać a nie dzonić po nocy na policję. Jest pan trzeźwy ? Tak jestem trzeźwy i przepraszam, tak  jestem trzeźwy.

Następne dni w życiu tej typowej górniczej rodziny przerosły typizowaną definicję słowa horror. W skrzynce pocztowej po kilka listów dziennie z kolorowymi ptakami, wilkami, wężami wzywające do zwrotu długu. Wszędzie ciebie znajdziemy, pod ziemią też. Nigdzie  nie ukryjesz  się  przed nami. Na  drzwiach  – każdego dnia -  ich  mieszkania po kilka naklejek   DŁUŻNIK. Telefon jak wściekły dzwonił o każdej porze. Ty suko, ty złodzieju, nieudaczniku pożyczyć  umiałeś, a oddać zapomniałeś. Stukanie do drzwi windykatorów, nachodzenie sąsiadów i informowanie ich o zadłużonym po uszy sąsiedzie,  sugerowanie, że przetracił na kochanki, że jest stałym klientem agencji towarzyskich, a pani wie ile tam kosztuje ? Wystawanie pod domem i chodzenie za Reginą krok w krok gdy szła do sklepu, przy kasie awantury skąd ma pieniądze dlaczego nie oddaje do banku. Do kopalni  komornik wysłał zajęcie na kwotę ponad 800 tysięcy złotych, podając tylko numery tytułów wykonawczych i  klauzul sądowych. Albert próbował tłumaczyć skąd ten dług. Czy wszyscy mu wierzyli ? Coś musi być  na rzeczy – na boku komentowali koledzy “dołowi”, a w administracji zastanawiali się na co wydał on  tyle  pieniędzy ? Taką kwotę trudno nawet przepić ! Padło w szatni pytanie po co ty pracujesz jak masz taka pożyczoną kasiorę ? Kiedy wyjeżdżasz na antypody ?

“Okrojona” przez komornika pensja wpływająca na konto nie wystarczyła na pokrycie całkowitej raty za mieszkanie. Po trzech miesiącach do domu przyszło wypowiedzenie umowy kredytowej. Albert sam pokwitował odbiór poleconego. Nie miał odwagi powiedzieć tego Reginie. Dopiero co powiedziała mu, że chłopcy nie chcą wychodzić na podwórko, bo inne dzieci wyzywają ich od bękartów złodzieja.  Sąsiadki przez okno wykrzykują do nich, żeby poszli się bawić do agencji towarzyskiej gdzie łazi ich tatuś.

Regina wieczorem, nie zapalając światła na schodowej klatce wymknęła sie z bloku, by zrobić podręczne zakupy. Lodówka była już pusta. Wszelkie zapasy zjedzone. Przemykała się do pobliskiego sklepu zakrywając głowę szerokim szalem. Zresztą nikogo z przechodniów  to specjalnie  nie dziwiło, siąpił jesienny deszcz, na ulicy prawie nikogo. W sklepie na szczęście była  tylko  właścicielka pani Bożena. Nie odpowiedziała na przywitanie, ze spuszczoną głową Regina szybkim krokiem zaczęła zapełniać koszyk najbardziej potrzebnymi produktami. Po dojściu do kasy nie miała odwagi spojrzeć Bożenie – którą zna od wielu lat – prosto w oczy. Słyszała tylko pikanie czytnika kasowego, podała kartę  kredytową  i oczekiwała na podpisanie paragonu.

Co mnie  też chcesz okraść ! Zawyła Bożena ! Mam polecenie  z komputera, że mam ci zabrać kartę !Tryumfalnie wyjęła z pod lady nożyczki i przecięła kartę na pół. Oddaj siatkę  z zakupami, ja muszę ciężko pracować na życie i pilnować takich jak ty. Regina zdrętwiała, co się w takiej sytuacji robi ? Zapłacić  gotówką, ale ja nie mam nic w portfeliku. Bożenko zapisz ten rachunek, a ja jutro wezmę od Alberta gotówkę i ci zapłacę, nieomal płacząc wyszeptała. Karliki są głodne ! Jak Albert ma gotówkę to niech pooddaje skąd wziął  i wstydu na osiedlu nie robi  wyrecytowała skrzekliwym głosem pani właścicielka sklepu.  Bożenko ! Karliki nie jadły ! Proszę ! Zapisz na zeszyt ! Błagam, już płacząc, prosiła Regina.

Z leżącej na ladzie siatki Bożena wyjęła ofoliowany bochenek chleba, patrzyła wprost na załzawioną twarz Reginy,  może da mi choć ten chleb pomyślała, Boże niech da, niech da. Święta Barbaro niech da.

Krótkim wprawnym ruchem Bożena rozerwała opakowanie i …  ze środka bochenka wyjęła trzy kromki chleba . MASZ  - dla ciebie i Karlików ! Dla twojego złodzieja chleba nie ma.

O 7 rano uporczywy dzwonek do drzwi postawił wszystkich na równe nogi. Komornik sądowy tu moja legitymacja, a ten pan to rzeczoznawca, będzie opisywał i wyceniał wasze mieszkanie. Idzie na licytację. Albert wyprosił żonę i dzieci do kuchni. Panie komorniku, a co z nami ? Jak to tak ? Na licytację ? Gdzie my się podziejemy ? Pod most panie Albercie, pod most ! Długi trzeba spłacać no nie panie rzeczoznawco ? On mnie się będzie głupio pytał ? Zarechotał komornik. Widać zadowolony ze swojego dowcipu bo jeszcze kilkakrotnie powtarzał pod nosem, pod most panie Albercie.

Tego wieczoru lało jak z przysłowiowego cebra, na niebie,  jak nigdy o tej porze, rozbłyskiwały się cicho błyskawice. Karliki jak było to w rodzinnym zwyczaju – przy burzy –  położyły się po obu stronach mamy. Albert w kuchni wypalał papieros za papierosem. Myślami przywoływał ojca, ojczulku co czynić ? Co ty byś zrobił na moim miejscu ? Ty wiesz - jakoś zapodaj radę - TATO !!!

Przy chlebaku na kołku wisiał drewniany różaniec ojca, ujął go w dłoń – twardą górniczą dłoń – i z całą siłą zacisną pięść. Podszedł go kuchenki gazowej i otworzył kurki na płycie i piekarniku. Spokojnym krokiem wszedł do pokoju gdzie leżała  Regina z Karlikami. Spali - mocno spali. Położył się obok nich. Po cichutku muśnięciem ust ucałował Reginkę i Karlików.

Po raz pierwszy poczuł jak bezwiednie po twarzy spływają mu łzy, patrząc w blask błyskawic zaczął swoją prostą górniczą  modlitwę. Święta Barbaro weź Karlików i moją ukochaną Reginkę do lepszego nieba, zadbaj o nich, bo ja nie umiałem,  otul ich lepszą miłością, bo ja nie umiałem, zaprowadź ich do taty on się nimi zaopiekuje, daj im lepsze jedzenie oni ostatnio tak mało jedli, Karliki młode muszą więcej jeść, Reginkę ustrój lepiej jak ja, ostatnio niczego nowego do ubrania jej nie kupiłem, Ty Święta Barbaro wiesz, że ja nikomu nic nie winien - Ty wiesz ! A jak by się dało  uprosić  Ojca to proszę bym znowu był z Reginką i  Karlikami. Ja ich  tak  bardzo kocham. Tylko ich kocham. Nie chcę ich kochać pod mostem. Święta Barbaro !!! Święta Barbaro !!!

Zapalniczkę, którą zapalił Albert ugasiła razem z mieszkaniem straż  pożarna. Panie Romanie, plotki i bzdury opisywane w gazecie to jedne wielkie kłamstwa. Ja go znałem od małego, ojca znałem, Reginę znałem, Karlików znałem. Ja jestem tylko nauczycielem i nie rozumiem jak to mogło się stać. Czy choćby pan coś zrozumiał ?  DLACZEGO ???  Czy napisze pan prawdę ?

Tak panie dyrektorze – odparłem – w pełni rozumiem dlaczego i napiszę  prawdę.

                        Czynię to niniejszym obwiniając rządzących o śmierć Alberta, Reginy i Karlików i tysiące  im podobnych, którzy o istnieniu art. 1015 kc  (dziedziczenie długów)  nie   zostali  przez  NASZĄ   -   wybieraną przez  Nas władzę  -  poinformowani !

 

*** EUTANAZJA – nie dziękuję ! ***

 

Panie doktorze , mamy prośbę o przyśpieszenie   ”zabiegu” o dwa dni.. chcemy wyjechać w piątek po południu.. Po drodze chcemy zajechać do Samanty , wczoraj miała urodziny.. Jesteśmy zabukowani w sobotę rano na lot do Nicei.. Mama przecież już podjęła decyzję.. Bardzo prosimy !.. Adrian położył na biurku doktora Markusa bilety lotnicze jako dowód , że o 9.30  – w sobotę –  mają wylot na oczekiwane od roku wakacje..

Doktor Markus , lekarz dzielnicowy od dwóch miesięcy na zlecenie Adriana i Emmy zdiagnozował  mamę Adriana ,  72 letnią Hertę , która od wielu lat chorowała na nieżyt jelit i niewydolność nerek..  Jednak przekonywującym argumentem za eutanazją jest jej wiek.. 72 lata .. wystarczy.. nażyła się !. Herta podczas wizyty dr. Markusa sama bez jakiegokolwiek  przymusu stwierdziła , że prosi go o pomoc !..  ” Niech mi pan pomoże doktorze Markus “.. Powiedziała to przy wszystkich  obecnych przy jego wizycie.. Niedwuznacznie wyraziła swoją wolę..

Panie doktorze prosimy !..

…. 30 km na południe od Amsterdamu w 3 tys.mieścinie Wielingen dziennikarka stołecznego gazety  odkryła , że w tym sennym miasteczku żyją tylko młodzi ludzie.. Nie ma w nim nikogo kto żyje z emerytury.. Raczkujące dzieciuchy , szkolne małolaty , agresywne zawodowe szczury , młodzi dziadkowie , a gdzie staruszkowie ?.. Nie ma .. ani jednego w kawiarni , kościółku , na ulicy.. Indagowani  przypadkowi rozmówcy na rynku miasta , w urzędzie merostwa , w okolicznych pubach unikali odpowiedzi na pytania gdzie są starsi jego mieszkańcy.. Intuicją tchnięta zatrzymała swój samochód na parkingu spożywczego dyskonta i po niespełna godzinie zauważyła przemykającą postać kobiety , która – na jej oko – mogła mieć ponad sześćdziesiąt pięć lat..

Poczekam jak wyjdzie.. pomyślała.. Stanę w okolicach rozsuwalnych drzwi .. Musi po zakupach  wyjść.. – jakoś ją zagadnę  –  , muszę pierwszym  pytaniem  zdobyć jej zaufanie , tylko czy będzie chciała ze mną rozmawiać ?.. Po niespełna 20 minutach starsza pani w kapelusiku nasuniętym głęboko na czoło  szybkim krokiem opuszczała sklep.. Jaga podbiegła do niej  – dzień dobry , ja nie jestem tutejsza , ja z Amsterdamu , jestem dziennikarką – chcę pani pomóc.. Jestem godną zaufania osobą.. Niech pani ze mną porozmawia , mogłabym być pani córką.. Córką ? -  mieomal odkrzyknęła – dama w kapelusiku , córką ! … Pani nic nie rozumie , tu synowie i córki zabijają  .. Mordują ojców  i matki .. Chce pani coś wiedzieć , a chyba nie podejrzewa , że jest pani w mieście zbrodni.. Osłupiała Jaga patrzyła w oczy straszej pani wyczuwając , że ta waha się czy jej zaufać.. Nie zawiedzie mnie Pani ?.. Przysięgam ! – pomogę ze wszystkich swoich sił.. nie jestem Holenderką..Pochodzę z Saksonii..Mój ojciec jest emigrantem z Polski..Jestem przyzwoitym człowiekiem , dziadek walczył w powstaniu warszawskim jeśli pani to cokolwiek mówi..

Młoda osóbko .. mówi mi to wiele..ukończyłam historię i prawo na Uniwersytecie van Amsterdam.. Jeśli mogę ciebie prosić chodźmy do mojego mieszkanka.. zapraszam na herbatę..Jeśli masz dostatecznie dużo czasu dostaniesz materiał na wiele lat twojego  życia..

Po  drugiej filiżance herbary Sanne wyjęła z sekretarzyka dyplomy uniwersyteckie.. Czekała na zauważenie przez Jagę ocen obydwu dyplomów.. Oba były oznaczone ocena bardzo dobrą.. Jaga nie omieszkała pogratulować wysokich ocen..Tak  po woli Sanne wchodziła w temat , o którym – widać było -, że  sama chciała opowiedzieć..

37 lat była referendarzem sądowym tutejszego małego sądu..Typowe problemy małej , sennej  holenderskiej mieściny.. Ponad połowę  mieszkańców stanowili ludzie starsi.. Młodzi po szkołach migrowali do stolicy i okolicznych bardziej uprzemysłowionych miast..Merostwo znakomitą część budżetu przeznaczało na pomoc ludziom w wieku zaawansowanym..Czas odmierzały korki noworocznego  szampana.. Gdy – na mera  miasta  - wybrano , młodego , przystojnego , dobrze zapowiadającego się programowo mężczyznę nikt nie podejrzewał , że wybór ten dla wielu będzie ostatnim wyborem jego życia..  Niestety , ja też przyłożyłam do tego swoją uniwersyteckie dyplomy..

Tak niezauważalnie , stanął problem na radzie miasta – eutanazji – .. No ,  jak nieuleczalna  choroba ,  jak bez jakichkolwiek szans , jak sam zainteresowany prosi i błaga , to czemu nie !.. Mój szef zlecił mi opracowanie  pisemnej  formuły zainteresowanego o dokonanie przez lekarza merostwa – nie jakiejś prywatnej kliniki – zabiegu eutanazji.. Oczywiście tylko w wyjątkowych wypadkach !.

Chciałam dobrze , tylko dla beznadziejnych wypadków , tylko gdy pacjent cierpiał i nie rokował , tylko dla przypadków ostatecznych.. Oczywiście w formule druku podania było – proszę o pomoc – proszę o skrócenie cierpienia – proszę o doraźną interwencję z powodu braku środków finansowych na długotrwałe leczenie , proszę o zabieg w przypadku drastycznie złych wyników analiz diagnostycznych..

Wierzyłam , że za tymi prawnymi , sądowymi określeniami etyka i nauka medyczna podłoży swój naukowy , moralny podtekst.. Nie mogłam przypuszczać , że nowy mer otrzymawszy  z sądu  - takie -  dokumenty uczyni je narzędziem unicestwienia tak wielu istnień ludzkich.. Mer w krótkim czasie wymienił cały skład lekarzy zatrudnionych przez miasto.. Zredukował 80%  lekarskich etatów , podwyższając o 300 % uposażenie pozostałym nowozatrudnionym.. Nieomal w oczach liczba pogrzebów wzrosła do kilkudziesięciu w ciągu dnia..

Mer  miasta zmienił formułę zasiłków pogrzebowych , jeśli zmarły sam ” dobrowolnie ” – poprosił o pomoc – to pogrzeb całkowicie finansowany był przez merostwo , a całe odszkodowanie z ubezpieczenia  trafiało  do rąk rodziny.. Odszkodowanie pogrzebowe to 12 średnich pensji – starczyło na nowy dobry samochód , lub połowę mieszkania – na otarcie łez..

Jago , zaczęło się , nagminnie dzieci odwiedzali z ojcem lub matką , żeby nie mówić z dziatkami  lekarza merostwa , gdzie ” zainteresowany “   SAM  prosił o  ” pomoc”  podpisując  druk opracowany przez sąd ,  czyli przeze mnie  .. Proszę o pomoc bo źle się czuję !. Lekarz , a jakże zbadał , zrobił w laboratorium wyniki i podejmował decyzję.. Zastrzyk !!! Zastrzyk śmierci.. Nieomal na oczach dzieci , które tylko czekały na stosowne zaświadczenie , że babcia, mama, tato  sami  poprosili  o pomoc… Wiesz , latem byłam w naszej klinice , młodzi rodzice przywieźli córeczkę – ok. 8 lat – , która chorowała na niewydolność nerkową. Szanowny doktor uprzytomnił im , że ich polisa nie obejmuje dializ , będą musieli płacić z własnej kieszeni , no chyba , że podpiszą prośbę o pomoc !.. Podpisali , lekarz nakazał przewiezienie córki do pokoju obok , gdzie zaaplikował jej zastrzyk uspypiający.. Pogrzeb odbył się na koszt miasta , odszkodowanie przypadło rodzicom.. Jago to było ICH dziecko !..   Sama byłam w szpitalu jak z wypadku drogowego przywieźli kierowcę dużej ciężarówki , który miał złamane dwie nogi.. W izbie przyjęć lekarz poinformował chłopaka , że może dojść do amputacji kończyn.. ” Niech mi pan pomoże “  krzyczał kierowca , proszę !.. Pomógł..zastrzykiem..Nie cierpiał młody człowiek..

Wiesz , mój sąsiad mieszkał obok mnie , pod 6 – tką miał gościec stawowy , trudno nu się było poruszać z samego rana , wpadałam do niego po śniadaniu , częstował mnie kawą niejedno kroć prosząc o drobne zakupy.. Jak  mu  je przynosiłam to już czuł  się lepiej..  Rozchodziłeś się , żartowałam.. Tak ,  potrzebował kilku godzin by wejść w rytm dnia codziennego , by jego stawy zapracowały..  Bywało , że wieczorem zapraszał mnie na kawę do kafejki obok naszego domu.. Pewnego ranka zaszłam do niego ,  w mieszkaniu  była  synowa z miejskim lekarzem.. Krzyczała, darła się na niego , dlaczego nie pozwala sobie pomóc !..  Ona przyprowadza mu lekarza a on tego nie docenia.. Powiedz mu Sanne – zwróciła się do mnie –  ,  że  lekarz jest po to by mu pomóc..  Oczywiście potwierdziłam , daj się zbadać , badanie nie boli.. Na życzenie lekarza i synowej opuściłam jego mieszkanie.. Krótki czas potem zauważyłam przez okno , że na ulicy stoi pogrzebowy bus , do którego na noszach wnoszą opatulone w folię ciało zmarłego.. Za nim idzie synowa sąsiada i lekarz… Dech mi  zaparło i nogi mi się ugięły… Badanie  i  śmierć  !..

Jago !.. Tak wyludniło się nasze miasto ze starszych i schorowanych ludzi..To praktyka eliminowania już niepotrzebnych i cierpiących nawet maluszków.. To wynik przebiegłości zarządzców gmin i miast.. Wszystko dla uratowania budżetu.. ofiary nie mają znaczenia.. Państwo nie akceptuje starych i ułomnych.. Orkiestra gra dla zdrowych ,  mających siłę się bawić i uprawiać seks.. Jago  zauważ to !!!!

Dopijaliśmy  z  Jagą kawę u mnie w kawiarni w Poznaniu..  Nie miałem koncepcji na dalsze indagowanie jej o  losy mieszkańców miasteczka Sanny..  Zastanawiałem się , czy opowiadana przez nią historia może się jak AIDS przenieść na np. nasz kraj..

Zapytałem zdawkowo ,  co robi Sanny dzisiaj ?  .  Czy nadal przemyka się do sklepu ?..

Nie , nie Romku , ja jestem w Poznaniu , bo Sanny wyszła za mąż za wdowca z twojego miasta..Wczoraj w ratuszu był ich ślub..On jest emerytowanym nauczycielem poznańskiego liceum.. Jedynki..Marcinka.. No wiesz tu opodal na  Grunwaldzkiej.. Poznała go przez takie internetowe  biuro .. Ona jest najszczęśliwszą osobą na świecie.. Wiesz , przy szampanie nachyliła się mi do ucha i powiedziała , że w Polsce i w Poznaniu lekarze nie usypiają , pomagają na prawdę !!! Z jego i swojej emerytury 4000 euro będą szczęśliwym małżeństwem do końca świata…

Jestem o tym przekonany Jago..  jestem o tym przekonany odparłem , choć w duszy zacząłem szukać wątpliwości dla tego  stwierdzenia.. nie , nie  Romku nie masz racji ???

 

*** MIŁOŚĆ  Z SERCEM W DŁONI ***

 

Wsiadając do nocnego pociągu do Warszawy zawsze “poluję” na pusty przedział. Lubię jechać sam i przy oknie. Czytam gdy chcę, gaszę światło jak mi przychodzi ochota na drzemkę. Klimę podkręciłem na max. w końcu na dworze jest 26 stopni. I tym razem mi się udało. Pociąg ruszył, a do mojego przedziału nikt nie zaglądnął. Tyle co intensywność miejskich świateł zaczęła maleć, gdy usłyszałem  na korytarzu warkot kółek od walizki. Moment zatrzymania i drzwi w moim przedziale otworzyła młoda dziewczyna z kruczo czarnymi włosami - można się do pana dosiąść ?

- oczywiście odparłem, siląc sie na nocną uprzejmość. Wykupiłem tylko jedno miejsce. Proszę nie dźwigać pomogę pani. Zachowam się – pomyślałem – wstając i dość ciężką walizkę z udawaną lekkością ulokowałem na półce.

- mam na imię Roman – rzuciłem od niechcenia – spojrzałem na współpasażerkę – o rany, ale ładna dziewczyna, niestety mogłaby być moją córką, z założenia nie podrywam kobiet młodszych od mojej córki.

- mogę też zająć miejsce przy oknie ?

- oczywiście odparłem, chytrze kombinując, że chociaż sobie do woli na nią popatrzę.

- mam na imię Sara – jadę do Warszawy – czy ten pociąg zatrzymuje się na innych stacjach ?

- nie pierwsza stacja to dworzec centralny w Warszawie. Myślę, że wszyscy pasażerowie tego nocnego pociągu wysiadają na centralnym. Raczej nie prześpimy centralnego. Raczej – powiedziałem – licząc, że gdybym ja usnął to może Sara wpadnie na pomysł by mnie obudzić.

Wpatrzony w jej piękne oczy, włosy, niespotykaną powszechnie urodę – tak po cichu – żałowałem, że mam już tyle lat i szkoda fatygi, bo po prostu jestem dla niej za stary.

W miarę  upływu czasu rozmowa od przypadkowych, typowych wyrazów o moich dzieciach i wnukach, nie bez mojego powodu zaczęła schodzić na jej życie. Ma 27 lat, mieszka w Izraelu, jest jak każda kobieta tam mieszkająca, również i żołnierzem, ma w domu karabin i cały ekwipunek żołnierski. Pracuje w księgowości na poczcie. Uczy się na podyplomowych studiach ekonomicznych. Lubi psy, ma dwa młode czau-czau.

Coś mnie cholera podkusiło, by – choć nigdy tego nie robię – wleźć na temat starających się o jej względy chłopaków. Co mnie mogą obchodzić inni – młodsi – faceci, skoro ja nimi  nie mogę  być.

Patrzyłem w jej wielkie, śliczne oczy. Czułem, że zastanawia się czy kontynuować rozmowę. Czy warto dalej ciągnąć temat z nieznanym sobie facetem, którego tylko co poznała i wie,  że ma na imię Roman.

Problem sam się rozwiązał, właśnie wszedł barman oferując nam kawę lub herbatę z batonikiem na dodatek.

Po kilku łykach kawy Sara zapytała mnie. Ile miałem dziewczyn nim się ożeniłem? Jedną odparłem, jedną, ożeniłem się z moją dziewczyną z ogólniaka. Miałem wtedy 22 lata. Mamy wspaniałego syna Jacka.

A ja, a ja miałam trzech chłopaków. I na tym koniec. Nigdy nie będzie czwartego.

Patrzyłem w jej przymrużone oczy, kosmyk włosów w tak śliczny sposób zachodził na jej na policzek. Boże jakie ona ma piękne  usta, zacząłem żałować, że lampy przy szlaku stoją tak rzadko. Chciało się by patrzeć na nią i patrzeć.

Wiesz z pierwszym moim chłopakiem chodziliśmy trzy lata. Nasi rodzice zdążyli się  zaprzyjaźnić, a my zwlekaliśmy z datą ślubu. To on był w wojsku to ja na ćwiczeniach, tak jakoś się nie układało. W końcu decyzja – w moje urodziny będzie ślub. U nas, wiesz to cały ceremoniał, zawiadomienie całej rodziny, przedstawienie mnie i jego wszystkim jej członkom, staranne wybranie miejsca ślubu, dobór ubrań, prezentów i miejsc przy stole, no wiesz tradycja.

Byłam tak dumna, koleżanki zazdrościły mi takiego fajnego chłopaka, a ja w nim kochałam – wiesz co ? – czułość jaką mi okazywał nie tylko sam na sam, ale przy wszystkich członkach rodziny i znajomych. Zawsze całował moje opuszki palców. Całował przy wszystkich moje włosy, potrafił na ulicy zatrzymać się  by  pocałować mój nos i uszy. Tak chciałam móc o nim powiedzieć – mój mąż.

Rankiem, dosłownie 2 dni przed ślubem, gdy byłam w sklepie kupić mamie lakier do włosów  usłyszłam wiele syren karetek pogotowia i policji, coś mną wtedy targnęło, nie wiem co ale dostałam takiego skurczu mięśni i zaczęłam cała dygotać. Sama do siebie mówiłam, ty głupia – syreny to u nas normalne. W końcu sąsiedztwo Palestyńczyków  winno nas uodpornić na dźwięk syren. Pośpiesznie wróciłam do domu, jakoś zwlekałam z wyjściem do pracy. Nie lubię się spóźniać. Pakując torbę, dzwonek do drzwi jakby specjalnie głośno nakazał odrętwienie domowników. Nikt specjalnie się nie spieszył do ich otwarcia. Babcia  jak zwykle je otworzyła, ona w takich napiętych momentach zachowuje zimną krew, ma to z warszawskiej, okupacyjnej  młodości.

Stojący w drzwiach policjant, tak urzędowo – nie jak znajomy ojca – wyrecytował, że twoja  wnuczka ślubu mieć nie będzie. On był w tym autobusie, w którym ta Palestynka się wysadziła.

Podaruję ci jak zareagowałam, co czułam, podaruję ci opowieść młodej, zakochanej kandydatki – za dwa dni – na żonę. Nie ma takiego bólu, który można by porównać z tym co wtedy czułam. Nie opowiem ci, czy i  ile można nie spać po takiej wizycie. A musisz żyć, pracować, mówić dobranoc mamie, musisz patrzeć na ulicach jak inni się całują, jak nie daj Boże on całuje ją w nos czy po włosach. Musisz żyć, choć w szafie masz karabin z kilkoma załadowanymi magazynkami. Świat na ciebie i was patrzy ! A ja co ? Świat, cały Izrael, premier rządu ? Ja go kochałam, ja chciałam być  żoną, matką, szczęśliwą kobietą.

Szukałam w swoim sercu miejsca na przebaczenie, na tolerancję i miłość do drugiego człowieka. Może ona też kochała, może zrobiła to czego ja nie miałam sił uczynić ? A może wierzyła bardziej jak ja. Wiem, że aby nie zwariować bardziej tłumaczyłam ją,  jak utyskiwałam nad swoim losem. Za rok będzie olimpiada, okres pokoju i zawieszenia broni, okres zastanowienia i zadumania się nad życiem  każdego człowieka – w tym, mam nadzieję i moim.

W wojsku poznałam mojego nowego dowódcę plutonu. Znał moją historię od swego poprzednika. Jakoś szczególnie odnosił się do mnie i co było wyczuwalne, starał sie do mnie zbliżyć.

Nie byłam gotowa odwzajemnić  jego uczuć, rozum podpowiadał mi tylko, żebym nie zabijała sympatii drugiego człowieka. Kilkanaście wspólnych spacerów, wypady do kawiarni i kin, wspólna wycieczka do Tokio  i tak miesiąc po miesiącu poczułam bliskość tego człowieka na tyle, by móc za nim tęsknić po nocach, spieszyć sie po pracy, by dać się mu pocałować.

Rozumiesz ? Raz jeszcze rodziny, spotkania, wspólne plany, jego ojciec wybudował mu przepiękny dom. A ja chciałam już być żoną i matką. Projektowałam jak urządzę nasz ogród. Mnóstwo kwiatów, skalniaki  i alejkę róż. Po pracy chodziliśmy na wspólne patrole, zawsze  – tak się  układało,  że w patrolu byliśmy razem. Śmiał się, że musi mieć  oko na moje bezpieczeństwo w wojsku, że on zawsze mnie obroni. Czułam się przy nim bezpiecznie  i podświadomie tłumaczyłam sobie, że jakby co to zginiemy razem. Wiesz nazywałam go pieszczotliwie batonik, bo zawsze miał w bocznej kieszeni munduru kilka batoników. Podjadałam mu je czasami. Czułam, że jak sięgam do jego kieszni podkradając mu batonika to on robiąc taką  obrażoną  minkę , jest szczęśliwy.

Tej środy, odeszliśmy od patrolu, bo chcieliśmy przymierzyć szyty przez niego garnitur. Krawiec miał warsztat dosłownie  kilkanaście  metrów od głównej ulicy. Koledzy zaczekajcie dziesięć minut poprosił. W bramie krawca stał może 12 – letni chłopiec wpatrując się w nas. Na taka sytuację batonik zawsze wystarczał. Typowe - dzieciaki zawsze proszą o cokolwiek. Zapamiętam, że jak jego ręka sięgała do bocznej kieszeni po batonika, to wierz mi – jeszcze dziecko – z pod kurteczki wyjęło pistolet i bez namysłu strzeliło prosto w jego  pierś.

Jeden strzał, moje osłupienie, reakcja strzelać, zabić, to jeszcze dzieciak, nadbiegający pozostali żołnierze patrolu, on leżący z krwawą plamą na piersiach, dzieciak stojący z rękoma do góry, koszmarny ból głowy i ta bezsilność w odpowiedzi na pytanie – dlaczego ???

Wiesz, wtedy pierwszy raz w życiu poczułam się staro. Poczułam wielki bezsens swojego istnienia. Nagłówki w gazetach, potrzeba palestyńsko – izraelskiego pokoju, apele międzynarodowej  społeczności o trwałą stabilizację  na bliskim wschodzie. Zrozumiałam, że mnie to gówno obchodzi. A  co z moim bólem, co z moją potrzebą macierzyństwa, co z moją miłością, którą zdążyłam już obdzielić dwóch facetów. Kto ujmie się nad  moim nieszczęściem. Komu mam ofiarować moje  cierpienie. Kto mi zapłaci za łzy ?

Długo dochodziłam do siebie. Z pracy dostałam delegację do obsługi naszej ekipy na olimpiadę. Przepyszne otwarcie, atmosfera przyjaźni międzynarodowej, sympatia odnoszenia się do siebie wszystkich ekip, poczucie bycia w wielkiej międzynarodowej rodzinie, gdzie wszyscy są sobie równi i bliscy. Czuć było,  że wyjątkowy nastrój  likwiduje różnice poglądów, religii, koloru skóry.

Rok po olimpiadzie, gdy jechałam pociągiem – tak jak  z tobą w tej chwili – w przedziale siedział Isak, którego poznałam w ekipie olimpijskiej. Tak jakoś  zgadaliśmy się o jego życiu i stracie narzeczonej w zamachu. Przez pięć lat nie mógł dojść do siebie. Tak jak ja mieli wszystko przygotowane do ślubu, a na dzień przed nim ona zginęła.

Wiesz, że można poczuć do kogoś obcego uczucie sympatii  - a może więcej – od pierwszego wejrzenia ? Jak się rozstawaliśmy na dworcu to byłam przekonana, że my się jeszcze będziemy wiedzieli. Sama tego wieczoru chciałam zadzwonić do niego, ale mnie uprzedził..W kafejce mojego hotelu piliśmy czerwone wino, tańczyliśmy do drugiej nad ranem. Nie wyobrażasz sobie jak szybko można się  zakochać po doświadczeniach jakim oboje byliśmy poddani. Z jaką pielęgnacją podchodzisz do partnera, który nie jest twoim pierwszym. Jak czujesz bliskość jego dłoni, gdy trzymasz je w swoich rękach. Przekonana byłam, że on jest nagrodą za moje smutki czasu  minionego. Dni rozstania przeliczałam na godziny, minuty, sekundy. Tak bardzo chciałam być z nim szczęśliwa.

Po pracy w piątek wieczorem pojechaliśmy do stolicy, by trochę się obkupić na przyszłe wesele. Chodziliśmy po galeriach w nadziei, że natrafimy na coś szczególnego czego u nas kupić nie można. Tak  już na siłę kupiłam mu fajny krawat, a on mi korale.  Mało to się  liczyło, byliśmy razem i chcieliśmy być na zawsze ze sobą. Przepych stolicy, kolorowe ulice, reklamy, muzyka w kawiarenkach dekorowały naszą miłość i pragnienie bycia na zawsze razem.

Rozumiesz ?… Na zawsze razem. Zapomnieć o przeszłości, zapomnieć o cierpieniach teraz już będzie inaczej, teraz już będzie szczęśliwie.

Kupiliśmy w kiosku lody, takie w pa-złotku – wiesz – trzymając się za ręce szliśmy ulicą. On ostatniego kęsa lodu wziął w zęby i włożył mi do ust przy jednoczesnym całusie. Tak śmiesznie to zrobił, a jednocześnie tak naturalnie szczerze. Tak mi w tym momencie było dobrze, tak kobieco się poczułam.

Odszedł kilka kroków w bok, by wrzucić pa -złotko do ulicznego kosza na śmieci.

Wtedy nastąpił wybuch. Rzuciło mnie kilka metrów w stronę trawnika. Czułam, że tracę przytomność, ale jakimś ostatnim poczuciem utraty Isaka na czworakach doczłapałam się do niego. Był cały we krwi. Wnętrzności  przykrywały jego brzuch, widziałam jego serce. Bijące serce. Patrzył na mnie takim najukochańszym wzrokiem jakby chciał mnie przeprosić za to, że on leży na ziemi zamiast mnie tulić. Nie odchodź - prosiłam, przecież jestem twoją żoną, Bóg łączy miłość w  małżeństwo, jestem twoją żoną ! Bezwiednie ujęłam jego serce w dłoń, by nie opierało się o białe wystające żebro. Przyłożył swoją rękę do mojego policzka i wyszeptał - będziemy jeszcze razem moje skarbeńki -będziemy jeszcze razem.

Zapłakanymi oczyma spostrzegłam, że trzymane w ręku jego serce już się nie rusza. Całując go powiedziałam -  Isak jestem twoją żoną do końca dni moich. Do końca dni moich.

                                    Czy teraz  rozumiesz co miałam na myśli mówiąc, że czwartego nie będzie ? Nie żyję żądzą zemsty, nie boję się jakichkolwiek zapowiedzi irańskich psychopatów czy palestyńskich wojowników. Ja nie urodziłam się, by z kim kolwiek wojować. Chciałam jak każda normalna kobieta mieć męża, dzieci, dom i  kochać rodzinę, swój kraj  i wszystkich na świecie. Ja o nic więcej nie prosiłam jak tylko o prawo do miłości, a dane mi było prawo trzymania ukochanego serca w swoich dłoniach.

Rozumiesz mnie Romanie ?

Pociąg zatrzymał się na centralnym.

1 comment to ***LETNIE POWTÓRKI…bo warto pamiętać ! (cz.I) ***

Leave a Reply

  

  

  

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Ankieta

Jakie, Twoim zdaniem, będą losy rządu utworzonego przez PiS?

View Results

Loading ... Loading ...

Ilu użytkowników online

Users: %GUESTS_SEPERATOR%1 gość%BOTS_SEPERATOR%1 bot